fbpx
Pomnik strażakow w Czarnobylu

W wybuchową rocznicę

– Czy w Czarnobylu jest strasznie?
– Ależ skąd! Wszyscy tam chodzą rozpromienieni!

 

Miałem niecały roczek, gdy usłyszał o nim świat. Wcześniej był jednym z kilkuset reaktorów jądrowych na świecie i miasteczkiem, jak każde inne. Właściwie dalej jest miasteczkiem, mieszka tu ok. 2000 osób.W nagrodę, że o nim usłyszeliśmy, wszystkie dzieci dostały płyn Lugola – roztwór wodny jodu. Jod jest dobry na wszystko, można nim odkażać rany, wodę i tarczycę, żeby nie urosła za dużo od promieniowania.

Внимание, внимание!
Nagranie komunikatu z miejskiego radiowęzła – 27 kwietnia 1986 roku, godz. 13:10:

Tam na polu orze traktor,
obok pali się reaktor.
Jakby Szwedzi znać nie dali,
nadal byśmy tak orali.

Nikt nie mieszka za to w Prypeci, choć było to miasto ładne i prawie cztery razy większe niż sam Czarnobyl. Nie ma nawet jednego z 50 tysięcy mieszkańców, którzy szybciutko, w jedno popołudnie opuścili “na kilka dni” swoje domy. Są za to źli mutanci i zombie, przynajmniej jeśli czerpać wiedzę z gier komputerowych i amerykańskich filmów.

Czarnobyl jest stary, liczy sobie dobrze ponad 800 lat, a Prypeć młodziutka – i jej dość burzliwa historia zaraz się skończy. Mądrzy radzieccy decydenci nazwali elektrownię od istniejącego już Czarnobyla, a potem zbudowali tuż koło niej duże miasto, które nazwę wzięło od rzeki, chłodzącej atomowe reaktory i nogi okolicznych mieszkańców w parne dni.

Gokardy w wesołym miasteczku w Prypeci

Wokół elektrowni wyznaczono Zonę, czyli teren zamknięty. Z grubsza 30 kilometrów w każdą stronę. Można to było nazwać jakoś inaczej, jakimś “terytorium specjalnym”, albo “terenem wydzielonym”, ale nie. Zona wykluczenia to twór jakby żywcem wzięty z kultowej powieści braci Strugackich, Piknik na skraju drogi. Kto wie, może był to zabieg marketingowy Ukraińców? W każdym razie doszło do tego, że fikcyjny świat z powieści (w którym na Ziemię przybywają kosmici) stopił się z przyziemną rzeczywistością, chociaż tak naprawdę obie Zony są sobie właściwie przeciwstawne. Wspólni są właściwie tylko stalkerzy, czyli ludzie nielegalnie wizytujący zonę.

Ale przecież można zrobić to po Bożemu, dorzucając się co nieco do budżetu państwa prowadzącego wojnę na wschodnich granicach. Wycieczka kosztuje od kilkudziesięciu do kilkuset dolarów – w zależności od czasu trwania i przewidzianych atrakcji. My wybraliśmy opcję z noclegiem w Czarnobylu.

Ukrainka na bazarze sprzedaje wielkie czerwone jabłka:
– Kupujcie ludzie jabłuszka! Czarnobylskie jabłuszka sprzedaję!
Ktoś jej radzi:
Kobito, nie gadaj, że to czarnobylskie, bo nikt nie kupi!
– Jeszcze jak kupują! Jeden dla teściowej, drugi dla szefa…

Tak naprawdę miasteczko Czarnobyl jest dość… żywe. Fakt, że połowa domów jest zarośnięta, zapadnięta, wciśnięta gdzieś między podejrzanie bujną roślinność, ale druga połowa nieźle się trzyma. To oczywiście porządne, sowieckie bloki. Mieszkają w nich strażacy, pracownicy elektrowni (sic!), ekipa budująca sarkofag, w sumie ok. 2000 ludzi. Nikt nie żyje tu na stałe, nie sprowadza się dzieci, nie ma szkół i przedszkoli, ale nie można powiedzieć, że to miasto – widmo. Noc spędzamy w hotelu, całkiem przytulnym według standardów schyłkowego ZSRR.

Wnętrze basenu w Prypeci

Długo zastanawialiśmy się nad wyborem filmu na wieczór. Wybór jest przeogromny – od Szklanej Pułapki 5, gdzie Bruce Willis robi rozwałkę w miejscu wyjątkowo słabo udającym Prypeć, przez porządny radziecki “Rozpad” z 1990, po współczesne seriale, typu “Motylki” (miłość z katastrofą w tle) lub “Strefa zamknięta” (sensacja z zoną w tle). Do tego oczywiście dziesiątki dokumentów, w tym w ostatnich latach coraz więcej przyrodniczych. Wybór mógł być jednak właściwie tylko jeden – tytuł “Reaktor strachu” (ang. “Chernobyl Diaries”) nie pozostawia złudzeń, że będziemy mieli do czynienia z czymś bardzo złym. Ale uwierz mi, drogi Czytelniku, że zupełnie inaczej ogląda się głupi horror w przytulnym mieszkaniu, a inaczej będąc jedynymi gośćmi w sowieckim hotelu, który ma piękny widok na las, który jeszcze 30 lat temu był drugą połową miasta. I choć byliśmy już tego dnia w Prypeci, choć nie spotkaliśmy żadnych mutantów, to jednak paląc papierosa w przerwie człowiek czuje się nieswojo. Latarnie nie świecą, chyba specjalnie tylko na naszej ulicy. Od lasu wieje chłodem i mrokiem. Widać tam jeszcze chaty, ale nikt jakoś nie ma ochoty się tam zagłębiać. Szybko wracamy do hotelu, żeby pośmiać się z głupich Amerykanów. I tak wszyscy zginą.

Doznania można jeszcze wzmocnić przy pomocy piwa “Sławutycz”. To jednocześnie nazwa miasta, które w dwa lata wybudowano dla wysiedleńców z zony.

A gdy otworzył pieczęć siódmą,

zapanowała w niebie cisza jakby na pół godziny.
I ujrzałem siedmiu aniołów,
którzy stoją przed Bogiem, a dano im siedem trąb.
Trzeci anioł zatrąbił:
i spadła z nieba wielka gwiazda, płonąca jak pochodnia,
a spadła na trzecią część rzek i na źródła wód.
A imię gwiazdy zowie się Piołun.
I trzecia część wód stała się piołunem,
i wielu ludzi pomarło od wód, bo stały się gorzkie.

Apokalipsa Św Jana, 10-12:
„Piołun to po ukraińsku Czarnobyl. W słowach dany był nam znak, ale człowiek jest zabiegany, próżny i mały.”

To nie ja jestem taki mądry, znalazłem to u zeszłorocznej noblistki, Swietłany Aleksiejewicz. W Wikipedii znalazłem natomiast że pospolity na tych terenach piołun (stąd nazwa Czarnobyl) ma właściwości lecznicze , pomaga w walce z pasożytami układu pokarmowego i przerywaniu ciąży. Co jeszcze ważniejsze, robi się z niego absynt – i mogę się założyć, że trudniła się tym spora część