fbpx

Ałtaj – Na drogach, których nie ma

“Kiedy jest mi smutno i źle, przychodzę do drzewa-matki” – mówi Pasza. Pasza jest chyba w moim wieku, choć wygląda starzej. Żyje w chatce pośród gór, kilka godzin jazdy konnej od najbliższej wioski. Chatę zbudowali razem z bratem, Sanią. Ale Sania mieszka w wiosce, z żoną, wielką i piękną kobietą. Ma też dzieci, którymi musi się opiekować. A Pasza ma do opieki tylko konie i owce. “Powiedzcie dziewczynom w Polsce, że mieszka tu przystojny kawaler, pracowity i prawie bez nałogów”.


1. Droga, której nie ma
W Bijsku kończą się tory kolejowe, niosące rosyjską cywilizację wzdłuż i w poprzek Imperium. Można jechać dalej na południe Traktem Czujskim, ale w drodze do Mongolii minie się już tylko jedno miasto – i to od razu stolicę Kraju Ałtajskiego. A przecież nie po to przyjechaliśmy tu z dalekiej Europy, by teraz tracić czas na oglądanie betonowych bloków. Zbaczamy więc w stronę majaczących na horyzoncie gór, przez pola rzepaku i słoneczników. Droga jest dobra, szeroka i w miarę równa, a miało być przecież dziko i zupełnie nierównie. Znudzeni do granic możliwości skręcamy w pierwszą drogę podrzędną. Robi się pięknie – trakt wiedzie doliną rzeki, z obu stron skały, co jakiś czas urokliwe zakola zachęcają, by zatrzymać się i łowić ryby. Czasem trzeba przekroczyć rzekę, co jest miłą odmianą od pedałowania, a przy okazji można się ochłodzić. Problem polega na tym, że brodów robi się coraz więcej, a szlaku coraz mniej. W końcu orientujemy się, że jesteśmy pośrodku dokładnie niczego, a jedynym, co w jakikolwiek sposób nawiązuje do drogi są konie, które uciekają w popłochu na nasz widok. Przekraczanie dość wartkiej, głębokiej do pasa rzeki też przestaje być zabawne. W końcu, za siódmą rzeką rozpada mi się sandał, który miał być niezniszczalny. Ja też jestem zniszczony i czuję, że nie mam siły na ósmy bród. Ale trochę się cieszę, bo przecież, właśnie po to tu przyjechałem. Syberia nie bierze jeńców.
Wieczorem dojeżdżamy wreszcie do jakiejś wioski, ubłoceni i pogryzieni. Nijak nie możemy wytłumaczyć miejscowym skąd przyjechaliśmy, ale i tak zapraszają na nocleg.


2. Myśliwi
Wybiliśmy sobie z głowy zjeżdżanie z głównej trasy, która w międzyczasie zrobiła się całkiem ciekawa – asfalt pojawia się i znika, czasem wspinamy się na strome przełęcze, a czasem jedziemy przez długie na kilkadziesiąt kilometrów, płaskie jak stół doliny otoczone górami. Góry są coraz wyższe, a lasy coraz bardziej gęste. W końcu dojeżdżamy do końca drogi. Znowu. Rzeczywistość kłóci się tu z mapą, która mówi wyraźnie, że można śmiało jechać dalej. Miejscowi kwitują to uśmiechem: “Rowerem przejedziecie, ale tu nawet stary UAZ nic nie poradzi”. Zmotoryzowani turyści kończą więc swoją motoryzacyjną przygodę w Tiungurze, a dalej idą pieszo. Chcąc nie chcąc, mała wieś na końcu świata stała się outdoorową mekką tej części Rosji. Mekka ma kilkuset mieszkańców, kilka porządnych baz turystycznych, rzekę do raftingu, konie do jeżdżenia i lasy do chodzenia. Ścieżki najczęściej prowadzą w górę – do jezior i gór, z Biełuchą na czele. Można wyjść na trzy dni, tydzień, albo i dwa – co kto lubi. Można przyjechać w ciemno i pokręcić się po bazie, a prędzej czy później znajdzie się towarzyszy do górskiej wędrówki. My wolimy trzymać się rzeki, dlatego kontynuujemy marszrutę po nieistniejącej drodze.

Trzeba oddać sprawiedliwość, że jest lepiej niż ostatnio, bo na rzekach czasem są mostki. Przy jednym z nich stoi domek, a przy domku siedzi siedmiu wielkich, uzbrojonych facetów. Siekiera wbita w pieniek, strzelby oparte o ścianę. Nie da się ich ominąć, jeśli chce się przekroczyć rzekę suchą stopą. Zapraszają na herbatę, a chyba nie chcielibyśmy ich urazić odmową. Herbata szybko zamienia się w samogon, dzień w wieczór i już wiadomo, że dziś stąd nigdzie nie pojedziemy.

Tak poznajemy Paszę, Sanię i ich gości, myśliwych z Moskwy. O zmierzchu myśliwi ruszyli na polowanie, a my na zwiedzanie okolicy z gospodarzami. Okolica obfituje w ciekawostki, na przyklad strachy na wróble, choć nie rośnie tu nic, prócz trawy. 

-To nie na ptaki – marszczy czoło Sania. Próbujemy odstraszać wilki i niedźwiedzie. 

Drapieżniki są problemem, bo od czasu do czasu zjedzą im kozę czy owcę. Do wilka jeszcze można strzelić, ale do niedźwiedzia już nie, to w końcu gospodarz lasu i święte zwierzę, na Pana Niedźwiedzia się nie poluje. Bracia zaprzęgli do pomocy nawet nowoczesną technikę – zbocze nieopodal łąki oświetlają trupiobladym światłem lampki ogrodowe na baterie słoneczne, jakie można u nas kupić w supermarketach. Nawet takie dziwy nie odstraszają jednak wilków. Kto wie, może zniechęci je wzmożony ruch na trasie Inya-Tiungur? W końcu turystów jest coraz więcej, to dla nich chłopaki trzymają te wszystkie konie. Na jesieni chcą wybudować wreszcie banię, a potem kto wie, może kolejne domki?


3. Śpiewający z duchami
Macha ręką, krzyczy coś, chce żebym podjechał. Podjeżdżam blisko, bardzo blisko, bo jestem krótkowidzem. Naznaczona życiem twarz, siwiejące wąsy i bródka, czupryna siwa. Dopiero gdy odzieje profesjonalny strój, opowiadacz nabiera powagi i godności. Mistrz śpiewu kaj Oleg Askanakow zbudował sobie aił pośrodku doliny Czulyszman, która wysokością i niemal pionowymi ścianami przypomina norweskie fiordy. “Aił” to tradycyjny, ośmioboczny dom przypominający nieco jurtę, ale zbudowany z drewna. “Kaj” to nie tylko gardłowy śpiew, to ważny element miejscowej kultury, pokrewny szamanizmowi. Wykonawca przez muzykę nawiązuje kontakt z duchami, powtarza też tradycyjne opowieści, albo recytuje narodowy epos. Opowiadacz* nie wybiera sobie zawodu, to duchy wybierają jego. Z duchami nie można dyskutować, a próby, jakim jest poddawany wybraniec mogą skończyć się nawet śmiercią. “Nie chciałbym, żeby moje dzieci kontynuowały rodzinną tradycję. Wolałbym oszczędzić im cierpień” – mówi Oleg, choć przecież zarabia świetnie na pokazach dla turystów. Jego aił stoi niedaleko kilku baz turystycznych i naprawdę ciężko go przeoczyć. A nawet gdyby udało się to jakiemuś krótkowidzowi, to artysta wie jak zwrócić na siebie uwagę. Koncert, który oglądamy razem z innymi gośćmi bazy to chyba najlepiej wydane 300 rubli w moim życiu. Po przedstawieniu do Olega podchodzi turystka z Moskwy, która okazuje się pochodzić z szamańskiej rodziny. 

  • Widziałam unoszącego się nad panem ducha orła.
  • A tak, tak czasem bywa, orzeł jest patronem mojego rodu – odpowiada takim tonem, jakby rzeczywiście zdarzało się to codziennie.

4. Jezioro
Jadąc doliną Czulyszman można dojechać tylko w jedno miejsce – na brzeg “małego Bajkału” jak czasem nazywane jest długie na 80km jezioro Teleckie. Dalej pozostaje już tylko nadzieja. Jeżeli podróżujemy samochodem, to możemy mieć nadzieję, że będziemy jednym z siedmiu aut, które zabierze kursujący prawie codziennie prom. Nie przewidziano ograniczenia liczby rowerów, więc o to akurat nie musimy się martwić. Ale statki czasem przecież toną. Ostatnio zdarzyło się to wprawdzie 7 lat temu, ale nie pociesza to nikogo w obliczu nadchodzącego sztormu. Jeśli zatoniemy, to można mieć nadzieję, że dopłyniemy jednak do brzegu. Tylko co dalej? Dalej czyhają niedźwiedzie. W chudych latach zdarza się, że wygłodniałe misie terroryzują okoliczne wioski, w których wprowadzana jest wtedy godzina policyjna. Do innych zagrożeń należą spadające od czasu do czasu części sputników, startujących z Bajkonuru w Kazachstanie. Szansa, że spadnie nam na głowę kawałek kosmicznego złomu jest raczej niewielka, problem polega na tym, że przedsiębiorczy miejscowi wykorzystują czasem wysoko napromieniowane żelastwo w przydomowej małej architekturze.

Więcej zdjęć z Ałtaju na moim instagramie. A może i tu się kiedyś pojawią. Zachęcam też do przeczytania artykułu w magazynie Podróże. Jeżeli dobrnąłeś/aś aż tutaj, to ślicznie dziękuję 🙂 i mam prośbę – skomentuj, podobało się? Chcesz dowiedzieć się więcej? Daje mi to motywację do dalszego pisania 🙂

No Comments

Post A Comment