21 Sty Greenland Ice Trip

ornate_l_24377_smLubię zimę.
Lubię też jazdę rowerem.
Kto powiedział, że jedynymi słusznymi sportami zimowym są narty czy snowboard? Razem z moim przyjacielem Wichrem jeździliśmy już po ciepłych krajach i było nam za gorąco, dlatego w 2013 roku postanowiliśmy przejechać się zimą po Bajkale (fotki TU, a tekst TU). Jazda rowerem w trzydziestostopniowym mrozie okazała się na tyle fajna, że postanowiliśmy znaleźć nowy cel na mroźną eskapadę. Wybór padł na Grenlandię, bo jeśli może być coś lepszego od jazdy po zamarzniętym, najgłębszym jeziorze świata, to jest to przejażdżka po oceanie.

Śpieszę wyjaśnić: zimowe wycieczki rowerowe to nie żadne szaleństwo i na pewno nie głupota. Co najwyżej fanaberia. Dla osoby mającej problemy z psychiką, odpowiedzialnością lub rozsądną oceną własnych możliwości tego typu wycieczka mogłaby się skończyć bardzo źle. Więc jesteśmy normalni. I każdy normalny, w miarę zdrowy człowiek (wcale niekoniecznie spędzający pół roku w siodełku), jest w stanie podejmować się takich wyzwań – warunkiem jest jedynie opieka kogoś doświadczonego. Oczywiście, podróż w mrozie, śniegu, wymagająca często wielogodzinnego pchania, bez szans na jakiekolwiek wsparcie, jest na pewno wielokrotnie trudniejsza niż jazda w wakacje przez Europę, gdzie w każdej chwili możemy zatrzymać się na puszkę zimnej Coli. Ale gwarantuję, że przeżycia, krajobrazy i późniejsza satysfakcja jest warta każdego trudu. Mam nadzieję, że choć trochę widać to na zdjęciach.

Sposobów na podróżowanie rowerem po największej wyspie świata jest kilka- mniej więcej tyle, ilu podróżników, którzy jak dotąd się tego podejmowali. Można próbować trawersu, jadąc po lądolodzie, można też jechać zamarzniętym wybrzeżem, co było naszym pierwotnym planem. Niestety, pokrzyżowało go globalne ocieplenie, fundując Grenlandczykom najcieplejszą zimę w historii obserwacji (a Ziemianom najcieplejszy rok). Zdecydowaliśmy się zatem na trzeci wariant – przeprawę przez góry, jeziora i fiordy środkowej części zachodniego wybrzeża szlakiem Arctic Circle Trail.
Off-road po zaśnieżonych górach to nie to samo co jazda po lodzie. O ile na Bajkale wystarczyły nam zwykłe, stare rowery górskie z kolcowanymi oponami, o tyle na Grenlandii byłyby one równie użyteczne jak płaszcz przeciwdeszczowy na Saharze. Zdecydowaliśmy się zatem przetestować tak modne ostatnio fatbajki, czyli rowery z oponami grubości min. 4 cale.
Dopóki warstwa śniegu nie przekracza kilkunastu centymetrów, nasze jednoślady sunęły niczym małe traktory, wolno, lecz konsekwentnie pokonując kolejne kilometry. Tu wielkość ma znaczenie – rower z oponami grubości 4,6 cala radził sobie nieco lepiej niż „zaledwie” czterocalowy.
W zgodnej opinii Grenlandczyków, jak i milczącego na ten temat internetu, nie było tu jeszcze rowerzystów z Polski, dlatego pozwalamy sobie uzurpować pierwszeństwo tego wyczynu. Od kiedy pojawiły się fatbajki trasa łącząca największy port lotniczy kraju – Kangerlussuaq – z miastem Sisimiut, dostępna dotąd tylko dla zaprzęgów i skuterów stała się możliwa do pokonania również na jednośladach. Zdecydowana większość z tych kilkunastu, może nawet kilkudziesięciu osób, które do tej pory ją pokonało, ułatwiała sobie życie nie targając ze sobą ekwipunku, który jechał wygodnie na saniach ciągniętych przez psy. Takie rozwiązanie jest jednak oczywiście niegodne poziomu (i kieszeni) polskiego podróżnika!
Przeklinaliśmy zatem siarczyście, pchając nasz dobytek pod liczne, niewiarygodnie strome podjazdy, z zazdrością obserwując skutery, które czasami przemykały obok nas. I z satysfakcją, jeśli i one nie podołają nachyleniu stoku. Rowery są lekkie – oba ważą poniżej 15kg. Niestety, podpięte do nich pulki są znacznie cięższe. Jedzenie, sprzęt biwakowy i fotograficzny, śpiwory, ubrania na każde warunki i dziesiątki niezbędnych dupereli składają się na prawie 30 kilogramów, które nieustannie ciągnie nas w dół, czy tego chcemy, czy nie.

Grenlandia została zaliczona przez Lonely Planet do dziesięciu najgorętszych destynacji do odwiedzenia w roku 2016, a wyspa chcąc nie chcąc dostosowała się do tej etykiety, obdarzając mieszkańców nieznośnie ciepłą zimą. Czy muszę dodawać, że tu raczej nikt się z tego nie cieszy? Krajobraz okolic Kangerlussuaq pozbawiony śniegu wygląda dość ponuro, nie mogą jeździć skutery ani zaprzęgi, nudzą się psy i ludzie. Bo jak tu wyjść na narty, jak ruszyć na wyprawę (a to jedne z ulubionych zajęć miejscowych), jak ciągnąć sanie po ziemi?  W naszych plastikowych pulkach po dwóch dniach jazdy po szutrze zrobiły się dziury. Nawet renifery są niezadowolone, bo łatwo zauważyć ich białe futro na tle tej rachitycznej roślinności. A od zobaczenia juz tylko krok do skończenia jako pamiątkowa kiełbasa w bezcłowym sklepie na lotnisku, obok takich „must-have” suwenirów jak pazur niedźwiedzia, ząb morsa czy cycata baba wyrzeźbiona w rogach tegoż samego biednego renifera. Co gorsza, zorza polarna też lubi mrozy, więc turyści mają mniejsze szanse na zobaczenie kolorowych świateł na niebie. Tak więc nie, odwilż nie cieszy się tu popularnością.

Na szczęście im dalej w głąb lądu, tym chłodniej. Drugiego dnia spadł śnieg i zrobiło się naprawdę zimowo. Jako typowi Polacy zaczęliśmy oczywiście od razu narzekać. Zamiast wygodnego, rozjeżdżonego przez skutery szlaku musieliśmy teraz przedzierać się przez kilkunastocentymetrową warstwę puchu i nawigować na azymut, bo przez kolejne dwa dni nie mieliśmy spotkać żywej duszy, która wskazałby nam właściwy szlak. Dodatkowo schodzi mgła, która sprawia, że zupełnie tracimy orientację. Dookoła panuje biel absolutna. Ziemia zlewa się z niebem i rower wydaje się płynąć po pustej kartce papieru. Błędnik wariuje, nie mając żadnego punktu odniesienia. Widać wprawdzie czubek własnego nosa, a nawet ciągnięte przez rower sanie, ale oddalonego o kilkanaście metrów kolegi już nie. Jestem więc sam, tylko ja i przestrzeń bez początku i końca. Panuje absolutna cisza. Wystarczy zatrzymać rower, by pozbyć się jedynego dostępnego źródła dźwięku. Stajemy więc co jakiś czas, ze zdziwieniem odkrywając świat bez bodźców. Fachowo nazywa się to deprywacją sensoryczną, która wpływa m.in. na zmianę częstotliwości fal mózgu. To ponoć niezwykle relaksujące doświadczenie, ale niekoniecznie wtedy, kiedy zupełnie nie można określić, w jakim kierunku się jedzie.
Punkt początkowy wyprawy to właściwie lotnisko z przyległościami, zamieszkane przez kilkaset osób. Natomiast Cel – liczący 5,5 tysięcy dusz Sisimiut to już prawdziwa metropolia, drugie miasto kraju. Zanim tam dotrzemy, przyjdzie pokonać nam kilkadziesiąt jezior i góry o przewyższeniu ponad 3km, w tym słynną „killer mountain” o wysokości 1000m, na którą wspinamy się z poziomu morza, by na ten sam poziom powrócić kilkanaście godzin później, kompletnie wycieńczonym. Owo morze to w tym przypadku fiordy, połączone bezpośrednio z oceanem, w tym roku wyjątkowo płytko zamarznięte. Niemniej jednak w sumie udało nam się przejechać po nich kilkadziesiąt kilometrów, tak więc nieco naciągana jazda po oceanie – zaliczona!
W Sisimiut mieliśmy okazję boleśnie przekonać się, że zdjęcia satelitarne nie kłamały i w tym roku, a prawdopodobnie i kolejnych latach o jeździe wzdłuż wybrzeża można zapomnieć.

Jeszcze większym rozczarowaniem rozczarowaniem była jednak wizyta w supermarkecie. Nie chodzi nawet o to, że za skromniusieńkie zakupy zapłaciłem 200 zł. Po tak wspaniałej wycieczce należało się nam piwo jak psu ochłap z woła piżmowego. Pani w kasie pokręciła tylko ze smutkiem głową i zabrała nam nasze Tuborgi, komentując to wylewnie:”not today”. Why, do kroćset, not today??? Kasjerka nie była niestety obdarzona zdolnościami lingwistycznymi i na rozwiązanie zagadki przyszło poczekać do wieczora, gdy objaśniono nam, że w święta alkoholu nie sprzedaje się. Ale jest przecież czwartek? Nie szkodzi, ten prosty i pobożny ludek zaczyna świętować Wielkanoc parę dni wcześniej niż my, z tej okazji zakazując sprzedaży alkoholu.

To półmetek naszej wyprawy, która tera miała wejść w naprawdę spektakularną fazę. Ale o tym będzie można poczytać, jak napiszę 🙂 Póki co – filmik z drona ku waszej uciesze:

I jeszcze wyprawa w pigułce, ponieważ z nie do końca dla mnie jasnych powodów ludzie koncentrują się bardziej na tzw. „osiągnięciach” oraz ich „poziomie”, niż na przeżyciach i pięknie przyrody, po które tak naprawdę wyruszam w każdą podróż 🙂

Długość wyprawy: 21 dni, z czego pedałowania jakieś 16 dni.

Dystans: ok. 500 km, z czego 90% ultra off road 🙂

Czy ta historyjka zaspokoiła Twoją ciekawość? Masz pytania, uwagi, komentarze? Będzie mi miło jeśli skrobniesz coś na dole 🙂

Na koniec, absolutne wow! film z Grenlandii w wersji 360vr. Nawet nie próbuj oglądać go na zwykłym monitorze – tylko zepsujesz sobie zabawę. Tutaj potrzebne są okulary VR (Oculus, Samsung, Huawei, cokolwiek, nawet te kartonowe od Googla), zaręczam, że wtedy efekt jest niesamowity. Na ekranie zwykłego monitora można po prostu obracać obraz ruszając myszką, ale efekt jest mizerny. Jeśli nie wiesz jak odtworzyć film zamieszczony na Youtube przez okulary, zobacz instrukcję np. tutaj (kartonikowe okulary) lub tutaj (Samsung VR Gear). To bardzo proste. Bardzo mnie denerwuje nie do końca dobrze dopasowany obraz na „zaszyciach”, ale to ograniczenie wynikające ze sprzętu, jakim się posługiwałem. Mam już lepszy 🙂 Komentarze mile widziane!

2 komentarze
  • Piotr
    Posted at 11:29h, 17 lutego Odpowiedz

    Film jest prywatny i nie można go obrzejrzeć.

    • admin
      Posted at 11:53h, 17 lutego Odpowiedz

      No tak. Przez te całe nominacje do travelerów zwiększyła się liczba wejść na stronę, a ja nie chcę pokazywać szerszej publice dzieła niedokończonego, zwłaszcza że nowa wersja autopano video nawet lekko poprawia fatalne „zszycia”. Więc póki co wycofuję filmik, w przyszłym tygodniu pojawi się w lepszej wersji. Ale żeby nie było, tu jest ta słaba wersja, proszę : https://youtu.be/AKof2DE1uf4

Post A Comment