12 Cze Puffinizacja Islandii

Od kiedy wróciłem z Islandii, ludzie nieustannie pytają się, “czy rzeczywiście jest tam tak pięknie”?

No jest.

Gdyby nie było, radziłbym każdemu trzymać się od Islandii jak najdalej – i to nie ze względu na ryzyko wybuchu wulkanów, perfidną pogodę i ceny z kosmosu.

 

Ale zanim zacznę narzekać – dowód, że naprawdę jest ładnie:

Jestem przyzwyczajony, że obcowanie z naturą, przez duże i małe “n”, wyzwala w człowieku tylko dobre emocje. Zapach świeżo skoszonej trawy, macanie kory drzewa, leniwy papierosek z widokiem na panoramę Tatr, przejażdżka rowerowa wzdłuż Warty, kąpiel pod wodospadem w Bośni, itd. Po każdej wycieczce w mniej lub bardziej epickie okoliczności przyrody cieszę się jak głupi, wracając z  naładowanymi akumulatorkami. Gotowy do stukania w komputer zamknięty w czterech ścianach z widokiem na poznańsko – łazarskich żuli.

Na Islandii krajobrazy i poszczególne miejsca są nieraz oszałamiająco spektakularne, odkryłem tu jednak w sobie brzydką cechę – egoizm. Chciałbym je mieć tylko dla siebie, ewentualnie dla dobrych ludzi przybyłych tu ze mną. Zniósłbym jeszcze parę postronnych osób, które zadały sobie trud  dotarcia w dany punkt, by cieszyć się pięknem stworzenia. Wszystkich, którzy wpadają na chwilę tylko po to, by odwrócić się tyłkiem do atrakcji i zrobić selfje na kiju najchętniej zrzuciłbym z klifu. Co prawda raz na jakiś czas sami spadają, ale zdecydowanie zbyt rzadko, by w istotny sposób wpłynąć na turystyczne statystyki.

A to przecież nieładnie tak myśleć. Przecież każdy ma prawo do takiego zwiedzania, na jakie ma ochotę, a dla wszystkich innych turystów to ja jestem tym niepożądanym elementem – bo włażę w kadr, pokazuję język, puszczam zajączki zegarkiem. Na szczęście Islandczycy są po mojej stronie. A właściwie swojej. Gwałtowny boom turystyczny (przypominam – prawie 500% w ciągu ostatnich 7 lat) praktycznie zlikwidował bezrobocie, zakończył poważny kryzys ekonomiczny po załamaniu się gospodarki w 2008 roku (obecnie 33.9% PKB*) i znacząco podbudował ego wyspiarzy. Sęk w tym, że nim się zorientowali, turystów zrobiło się 7 razy więcej niż mieszkańców, do tego nagle 10% stałej populacji kraju zaczęli stanowić obcokrajowcy (na czele z Polakami, oczywiście – ponad 10 tysięcy). Co z tego wynika pisałem ostatnio, więc zaczęto się zastanawiać, czy i jak postawić tamę turystycznej rzece. A w stawianiu tam Islandczycy są ekspertami, zbudowali ich bardzo wiele na potrzeby hut aluminium – trzeciego najważniejszego sektora gospodarki.

Nie, to nie widok z mojego poznańskiego okna

Szatański plan rządu

Jak zjeść ciastko i mieć ciastko? Oto nad czym głowi się tutejszy rząd. Nie udało się wprowadzić “nature pass”, czyli ogólnej opłaty za wstęp do wszystkich atrakcji. Coraz więcej właścicieli danych cudów natury myśli więc nad wprowadzeniem swoich własnych myt. Bo trzeba wiedzieć, że na Islandii zdecydowana większość wodospadów, rzek, a nawet wulkanów ma swoich właścicieli. A przynajmniej ziemia, na której się znajdują/przez którą przepływają. Wszyscy “farmerzy” są potomkami wikingów, a akty własności liczą sobie czasem niemal tysiąc lat. Każdego kusi, żeby na tym trochę (a właściwie całkiem sporo) zarobić, ale równie święta jak prawo własności jest tradycja wolnego dostępu do natury dla wszystkich. Padły już jednak pierwsze bastiony – od jakiegoś czasu trzeba zapłacić za zajrzenie do krateru Kerith, a w tym roku za darmo nie zobaczymy już najpotężniejszego na Islandii wodospadu Dettifoss.

Udało się za to podnieść stawkę VAT na usługi turystyczne z 11 do 22,5% (od lipca 2018), więc o tyle powinny zdrożeć hostele i wszelkie wycieczki. Planem, o którym przebąkuje się po kątach jest podatek wjazdowy, coś w rodzaju drogiej wizy dla każdego turysty. Miejscowi zarzekali się, że ma być on wprowadzony od 2019 roku, ale w anglojęzycznym internecie nie znalazłem potwierdzenia tych informacji (może ktoś ma lepsze źródła?). Jeżeli nawet spowodowałoby to spadek liczby odwiedzających (co wątpliwe, biorąc pod uwagę, że jeszcze w 2014 roku spodziewano się osiągnąć 1,5 mln turystów do roku 2020, a plan został wykonany z nadwyżką już w 2016), to zrekompensują go wpływy z myta, trafiające w dodatku bezpośrednio do budżetu, czyli tak, jak rządzące tygryski lubią najbardziej.

Światowy spisek

Skąd wzięła się ta nagła popularność “wyspy lodu i ognia”? Sami Islandczycy uważają, że to zasługa wulkanu Eyjafjallajökull, który w 2010 roku sparaliżował ruch lotniczy w Europie i sprawił, że Islandia na parę tygodni zagościła we wszystkich światowych mediach (na mniejszą skalę zdarzyło się to w 2008 roku przy okazji kryzysu bankowego,. To jednak bardziej skomplikowane niż dymiąca dziura w ziemi, dlatego nie przyciągnęło aż takiej uwagi masowej publiki). Pamiętacie? To przez wulkaniczny pył nad Europą prawie żaden ze światowych przywódców nie przyleciał na pogrzeb Lecha Kaczyńskiego.

Druga przyczyna to arabska wiosna, która zupełnie przypadkowo również wybuchła w 2010 (Przypadek? A może diaboliczna zagrywka islandzkich agencji PR? Nigdy się tego nie dowiemy). Generalny wzrost zagrożenia w takich turystycznych rajach jak Tunezja, Egipt czy Turcja sprawił, że turyści zaczęli się rozglądać za bardziej bezpiecznymi destynacjami, gdzie krzywdę mogą co najwyżej zrobić sobie sami. 

Po trzecie, choć trudno powiedzieć czy to przyczyna, czy skutek boomu, Islandia (a raczej jej krajobrazy) została ukochana przez Hollywood. Ciekawy spis filmów z islandzkimi momentami znajdziecie tutaj,  choć brakuje w nim sceny otwierającej Prometeusza  oraz głupiej, acz widowiskowej sceny na jeziorze Mývatn z Szybkich i Wściekłych 8. Jest za to chyba najbardziej idiotyczny pościg z serii filmów o Bondzie.

 No dobrze.

Co to jest puffinizacja?

Puffiny, zwane po polsku maskonurami, to urocze, kolorowe ptaszki występujące masowo na wybrzeżach krajów północy, które stały się symbolem Islandii. Są naprawdę przepiękne, eleganckie i pocieszne zarazem. Czołgałem się przez 10 minut do parki w zalotach, tylko po to by parę minut później trafić na skałę, gdzie dziesiątki puffinów robiły to samo, tylko że na wyciągnięcie ręki. Puffiny występują na klifach i talerzach, marynowane lub wędzone. Ponoć nie smakują jak kurczak, ale jak ryba. Dziwne. Nie miałem okazji spróbować, bo jako typowy Polak żywiłem się konserwami turystycznymi. Dorobiłem do tego ideologię, że nieładnie zjadać ptaszka, który jest w poważnych tarapatach. I to nie ze względu na niepohamowane obżarstwo Islandczyków (mimo, że otyłość jest tu poważnym problemem) ani nadmiar zboczonych ornitologów chcących podglądać ptasie sceny intymne. Problemem jest przede wszystkim zmiana klimatu, która powoduje zaburzenia ekosystemu. Prasa donosi, że w tym roku na wyspach Vestmannaeyjar (największej na świecie kolonii maskonurów) z powodu braku pożywienia zmarło 83% młodych puffinków.

Ale puffinizacja z maskonurami ma wspólną tylko nazwę. Chodzi tu o zmianę. Zmianę wyglądu Reykjaviku, gdzie miejsce starych sklepów i zakładów fryzjerskich zajęły przybytki z suwenirami. Centrum stolicy zamieniło się w jeden wielki pasaż z pluszowymi, maskonurzymi maskotkami. Przyznam, że kusiła mnie czapka w kształcie wesołego ptaszyska, ale cena skutecznie ostudziła mój zapał.  Na wsi połowa farm to dziś pensjonaty Airbnb. Nawet stacje benzynowe obok benzyny, olejów i wszystkich tych samochodowych przyborów mają w obowiązkowej ofercie gadżety z puffinami! 

Ważniejsza jest jednak zmiana postrzegania kraju przez obcokrajowców. Islandczycy chcieliby być postrzegani jako dumni potomkowie Wikingów, nordycki kraj sukcesu, wylęgarnia światowej klasy artystów. Tymczasem coraz częściej zapominamy o Islandczykach, koncentrując się na Islandii. Na wodospadach, mchu, wulkanach, słodkich puffinkach, wichrach, a nawet waleniach w okolicznym oceanie. O ludziach nie myślimy, bo i ich za wiele nie spotykamy. Amerykanów, Chińczyków, Polaków, Francuzów – owszem. Islandczyków jest jak na lekarstwo, więc przyjmujemy za pewnik to co można usłyszeć tu i ówdzie: że wierzą w trolle i elfy, że późno wychodzą na imprezy, a wszystkie co do jednej wyglądają jak w filmie 101 Reykjavik, że są mile usposobieni, ale posadzili za kratki swoich banksterów, więc sprawiedliwi. Jak wikingowie. Ładnie śpiewali na mundialu i pewnie dlatego doszli do ćwierćfinałów, co też było urocze. Taki mały kraj, a tak żwawo sobie poczyna, no no. Islandczycy tak się ucieszyli po wygranym meczu z Anglią, że po 9 miesiącach porodówki zanotowały znaczący wzrost urodzin (w tutejszych warunkach to będzie kilkadziesiąt sztuk). I jeszcze Björk.

Zadowalamy się kliszami, nie próbując głębiej wniknąć w islandzką duszę. Nie pochylamy się nad problemami młodych ludzi, których nie stać na kupno mieszkania mimo developerskiej ofensywy w Reykjaviku. Kto żyw, wynajmuje lokale przez airbnb, a turyści rezerwują je z przynajmniej półrocznym wyprzedzeniem. Mieszkanie to żyła złota, ale ceny poszybowały tak wysoko (podobnie jak islandzka korona), że mało kogo na nie stać. Duże zyski z turystyki nie są dzielone równo i jeśli jesteś prostym wyrobnikiem w turbiznesie, albo na początku zawodowej drogi, to o zarobkach pozwalających myślec o stabilizacji możesz zapomnieć. Ale komu chciałoby się wnikać w islandzkie problemy. Zresztą, co to za problemy w porównaniu z naszymi?

Jeśli nie masz ochoty wnikać w rozterki miejscowych (w końcu przyjechałeś wypocząć!) to dobrze, nie ma w tym nic złego. Pamiętaj tylko, że siedzisz w pułapce infantylnego, puffinowego raju. W pluszowej klatce.

Masz coś ciekawego do dodania? Chętnie posłucham. Jeśli jesteś wkurzony/a, bo tekst miał być o czymś zupełnie innym, to też możesz się wyżyć w komentarzu 🙂

Dla dociekliwych – link do raportu o stanie turystyki (Maj 2016). Dużo ciekawych i nieciekawych wykresów, z których dowiemy się np. że w kwietniu jest o 60% mniej turystów niż w lipcu i sierpniu. 

Taki ładny wykres oferuje nam wikipedia. Wygląda nieźle, prawda? Jeżeli sprawdzić źródło, to okaże się, że pochodzi z roku 2015, kiedy turystów było „raptem” 1,26 mln, czyli o cały milion mniej niż spodziewają się w 2017. Wyobraźmy sobie zatem tą krzywą uaktualnioną do stanu obecnego.

By Borvan53, number of tourists from the Icelandic Tourist board data, population from Statistics Iceland (Own work) [CC BY-SA 4.0 (http://creativecommons.org/licenses/by-sa/4.0)], via Wikimedia Commons


*Wikipedia podaje dla odmiany 5% PKB, co wydaje się zupełnie niemożliwą liczbą. Powyższe dane zaczerpnąłem z raportu World Travel and Tourism Council, który mówi o 7% bezpośredniego wkładu do PKB w 2016 i przewidywanych 8% w 2017, natomiast całościowy wkład turystyki i podróży w gospodarkę (również pośrednio) to właśnie te oszałamiające 33,9%.

9 komentarzy
  • Bartek Szaro
    Posted at 13:05h, 13 czerwca Odpowiedz

    Islandia wydaje się być krajem, który będzie miał najbardziej przewalone spośród wszystkich krajów nagle odkrytych przez olbrzymie selfie-hordy. Dodatkowo, przez kraj prowadzi właściwie tylko jedna droga i ruchu turystycznego nie ma jak rozładować. Wszyscy turyści, chcący odwiedzać najciekawsze miejsca Islandii podążają tym samym szlakiem. I ciężko tu o alternatywę.

    Jedynym dla nich ratunkiem jest wprowadzenie rocznego limitu turystów, bądź horrendalne podniesienie cen, co byłoby jak najbardziej zrozumiałe, biorąc pod uwagę fakt, że istnieje coś takiego jak ekonomia oraz zasada popytu i sprzedaży.

    A w świecie tanich lotów, technologii i zwiększania się liczebności klasy średniej w skali globu kolejne kraje rzadko zaludnione podzielą jej los już wkrótce. Nowa Zelandia, Islandia.. Zobaczymy, kto jeszcze zmieści się na podium.

    • Kuba
      Posted at 13:27h, 13 czerwca Odpowiedz

      Mi się wydaje, że właśnie taki wysoki „podatek od turystów” jest kwestią czasu. Pośrednio przebąkiwała o tym ich minister turystyki. I szczere mówiąc jestem za, choć pewnie nie będzie mnie wtedy stać na kolejną majówkę.
      Na szczęście jest jeszcze parę niezadeptanych miejsc. Wystarczy porządna wojna, albo jakiś dobry dyktator i jest spokój. Odniosłem trochę irracjonalne wrażenie, że Islandczycy po cichu mają nadzieję, że w końcu ta Katla wybuchnie i zrobi porządek z tanimi lotami, turystami i w ogóle wszystkim.

      • Marcin
        Posted at 08:22h, 27 października Odpowiedz

        https://paragonzpodrozy.pl/11060/top-10-noclegow-na-islandii/

        Smuci i to bardzo, że Bartku na swoim blogu polecacie ludziom noclegi na dziko, które na Islandii są zakazane. Rozbijaliście namiot na terenach, gdzie zakaz jest kategoryczny. Islandczycy starają się to kontrolować, ale jest z tym ogromny problem, nie mają do tego zasobów. A tu popularny blog podróżniczy proponuje takie zachowania. Powinniście usunąć ten wpis, a za łamanie przepisów ktoś powinien wlepić Wam mandat z islandzkimi stawkami, opisać i pokazywać jako przykład braku świadomej i odpowiedzialnej turystyki, za którą powinno się ogromnie karać.

  • Kamil Gontarz
    Posted at 12:24h, 14 czerwca Odpowiedz

    Kuba, a mnie ciekawi jak tam ze zmianami w infrastrukturze poza miastami. No bo jedzie sobie teraz ten milion turystów oglądać te wszystkie oszałamiające gejzery, wulkany i inne piękne rzeczy i co się okazuje: na miejscu przydałoby się więcej kibli, parkingów. Jakąś budką z goframi czy minikioskiem z magnesikami przeciętny turysta też by nie pogardził. A może nawet hotelik z widokiem na gejzer dla bardziej zamożnych? Pytanie: czy wdzierają się te wszystkie osiągnięcia cywilizacji w dziewiczy pejzaż islandzki?

    • Kuba
      Posted at 12:44h, 14 czerwca Odpowiedz

      A no właśnie. Otóż niewiele. Infrastruktura przy atrakcjach to wciąż głównie pola kempingowe. Coś budowało się przy puffinowych klifach koło Vik, stawiali też jakiś hotel (tak mi się wydaje) po drodze na plażę z samolotem. Visitor Centre przy Gulfoss jest już od dawna. Rozbudowuje się Blue Lagoon. I podobno stawiają jakieś hotele nad Myvatn, ale osobiście nie widziałem. I to by było z grubsza tyle. A przepraszam, hotel z widokiem na gejzer Stokkur tez powstaje. To znaczy stoi tam już jakieś stare szkaradztwo, do którego dodają 5x większą dobudówkę, dla odmiany całkiem znośną.

  • Michał
    Posted at 17:50h, 17 czerwca Odpowiedz

    Trochę się zasmuciłem. Nie zdążyłem odwiedzić Islandii… Podróż rowerową planuję od 2010 roku po powrocie z Norwegii. Ale Islandia miała się nie zmienić, więc najpierw jeździłem po Gruzji Kirgistanie, Tadżykistanie itd… Potem ruszyły tanie linie i obraziłem się, że co drugi mój znajomy jedzie na Islandię to po co ja tam będę się pchać i potem będziemy spotykać się na piwie i „nie będzie” o czym gadać. No, a teraz to już klops. tylko ucieczka w interior, albo pieszy trawers wchodzi w grę…

    Dzięki za artykuł

    • Kuba
      Posted at 18:24h, 17 czerwca Odpowiedz

      No, ja bym aż tak negatywnie do tego nie podchodził:) Przecież jak jedziesz rowerem to spotykasz turystów tylko w tych kilkunastu (dosłownie) miejscach, a na całej trasie masz kraj i krajobraz dla siebie. Co najwyżej miejscowi się nie będą Tobą podniecać. A jazda przez interior wydaje mi się jedynym sensownym rowerowym planem na Islandię… w sensie dla mnie – jest trudno, bardzo offroadowo, trzeba dobrze rozplanować zaopatrzenie itp., czyli prawdziwa przygoda 🙂

  • Emiliana Konopka
    Posted at 14:32h, 21 czerwca Odpowiedz

    Super wpis, szczególnie, że sama odczuwam właśnie taki „islandzki egoizm”. Martwi mnie ta instagramowa moda na Islandię i mam nadzieję, że jednak już niedługo wszystkim znudzi się ta Islandia 😉 Pozdrawiam serdecznie!

    • Kuba
      Posted at 14:48h, 21 czerwca Odpowiedz

      Dzięki, haj fajv! Jak się znudzi Islandia, to będzie Nowa Zelandia (już jest zresztą, jak pisze Sępek Świata), a potem coś innego. jadąc masz poczucie, że odhaczasz miejsca z walla znajomych, z instagrama, top 10 of… A człowiek lubi się czuć choć trochę odkrywcą. Chyba trzeba będzie jednak z tym żyć.

Post A Comment